Zrzuty poroża – gdzie, kiedy i jak szukać… wywiad z leśnikiem!

3
Młody leśnik, detektorysta i poszukiwacz zrzutów Hubert Sobowicz, wraz ze swoim trofeum z wyprawy.

Temat poszukiwań zrzutów ostatnio coraz częściej przewija się gdzieś na różnych grupach w internecie. Postanowiłem specjalnie dla Was porozmawiać z młodym leśnikiem, detektorystą i poszukiwaczem zrzutów – Hubertem Sobowiczem z Wydziału Leśnego na SGGW, przybliżając wam ten interesujący temat. Zapraszam więc do wywiadu a zarazem pomocnej instrukcji – jak, kiedy i gdzie poszukiwać zrzutów!

Może zacznijmy od tego że powiesz niezorientowanym w temacie, co to są te „zrzuty”?

– Zrzutem nazywa się porzucone przez samca jeleniowatych poroże. Wyjątkiem jest jedynie renifer, u którego poroże występuje również u samic, ale jak wiadomo ten gatunek w Polsce spotkać można jedynie w warunkach hodowlanych. Pojedyncze poroże jelenia szlachetnego i sika nazywane jest tyką, daniela łopatą, łosia rosochą, natomiast kozła, czyli samca sarny, parostkiem. Często spotykam się z błędnym określaniem każdego rodzaju poroża łosia jako łopat. Prawdą jest, że łoś może wykształcić rosochy w formie badyli, pół-łopat lub łopat i odpowiednio takiego byka nazywamy badylarzem, pół-łopataczem lub łopataczem.

Para zrzutów łosia fot. Hubert Sobowicz

Dlaczego te poroża są tak bardzo pożądane?

– Zrzuty są pożądane przede wszystkim z bardzo prozaicznego powodu, jakim są oczywiście pieniądze. Już w czasach PRLu był to całkiem niezły sezonowy zarobek dla mieszkańców terenów wiejskich, nierozerwalnie związanych z lasem. W niektórych rejonach Polski zbieranie zrzutów traktowane jest niemal jak chodzenie na grzyby albo jagody. Obecnie za kilogram poroża można otrzymać kilkadziesiąt złotych. Ciekawe okazy, o ponadprzeciętnej masie lub niespotykanej formie są poszukiwane przez kolekcjonerów, którzy skłonni są zapłacić pieniądze znacznie większe niżby wynikało to z masy trofeum. Zajęcie to za sprawą powszechnego dostępu do informacji staje się coraz popularniejsze, z drugiej strony natomiast „starzy” zbieracze z terenów wiejskich kończą ze zrzutami z racji wieku, a młodzi wyjeżdżają do miast i nie podejmują się tego zajęcia.  

Sporych rozmiarów rosocha łosia fot. Hubert Sobowicz

Czy wszyscy jednak zbierają dla zarobku?

– Skądże, istnieje w „branży” rzesza osób, dla których chodzenie za porożem jest sposobem na spędzanie wolnego czasu a niejednokrotnie wielką pasją i każde trofeum traktują jak relikwie.

Kiedy powinniśmy zacząć szukać chcąc coś znaleźć?

– Pora rozpoczęcia poszukiwań uzależniona jest od tego, jaki gatunek nas interesuje. Prym zdecydowanie wiedzie jeleń. W zależności od regionu Polski, jelenie zachowują się w różny sposób. Dodatkowo wysokie temperatury na początku roku, z czym mamy do czynienia w ostatnich latach sprawiają, że moment rozpoczęcia zrzucania jest trudny do określenia. Dawniej przyjmowano, że sezon rozpoczyna się 1 marca. Uważam, że w większości miejsc w Polsce to dobry moment na rozpoczęcie poszukiwań. Wcześniejsze penetrowanie terenu może przyczynić się do wypłoszenia jeleni, które przeniosą się w spokojniejsze rejony, niejednokrotnie oddalone o kilkadziesiąt kilometrów. W przypadku łosia literatura podaje, że okres zrzucania poroża zaczyna się w ostatnim tygodniu października, a kończy z początkiem marca. Jednakże z moich osobistych obserwacji wynika, że kulminacja następuje na przełomie roku, wtedy można liczyć na najobfitsze zbiory. Łoś jest dużo mniej przewidywalny niż jeleń, mocne byki były widywane z kompletem na głowie jeszcze pod koniec lutego.

Świeży zrzut łosia wraz z tropem na śniegu fot. Hubert Sobowicz

Czy to prawda że poroże zawsze znajdujemy w parach?

– Jeżeli chodzi o znajdowanie zrzutów w parach to zdecydowanie jednak częściej znajduje się je pojedynczo. Z własnego doświadczenia wiem, że byk z jedną, 3,5 kilogramową tyką na głowie potrafi przejść kilka kilometrów przez las. Nie wspominając o mniejszych… Jednak prawdopodobieństwo znalezienia dwóch tyk obok siebie rośnie wprost proporcjonalnie do ich rozmiaru, im większe tym łatwiej o dwie w pobliżu.

Para zrzutów poroża jelenia fot. Hubert Sobowicz

Gdzie mamy największe prawdopodobieństwo je znaleźć i jak je szukać?

– Odpowiedź jest bardzo prosta-tam, gdzie jest zwierz. A skąd mamy wiedzieć, gdzie jest? Najprościej hołdować zasadzie „koniec języka za przewodnika”. Ze zrzutami jest jak z kopaniem, bardzo dużo dobrych informacji można uzyskać od miejscowych. Zdecydowanie najlepszym źródłem informacji są myśliwi i leśnicy (zakładając, że sami nie chodzą za zrzutami 😉 ) Jeżeli nie mamy żadnego znajomego, z którym moglibyśmy porozmawiać na ten temat pozostaje osobista weryfikacja. Stosunkowo łatwo jest stwierdzić obecność jeleniowatych w terenie. Na podstawie śladów i tropów można uzyskać wiele informacji. Dlatego przed wyjściem w teren zalecam przestudiowanie literatury czy nawet internetu, by posiadać podstawowe wiadomości z zakresu rozpoznawania tropów, odchodów itd. Nie istnieją „bankowe” miejsca, gdzie można spodziewać się zrzutów. Należy pamiętać, że poroże w okresie jego zrzucania stanowi zbędny ciężar, którego zwierzę stara się pozbyć. Dlatego może być porzucone podczas przemieszczania, żerowania czy też odpoczynku. Jelenie jak i łosie czemchają się w celu zrzucenia poroża.

Mała chmara na polach pod lasem fot. Hubert Sobowicz

„Czemchanie”, podpowiedz nam proszę co to znaczy?

– Czemchanie to czynność w której jelenie i łosie po prostu uderzają i pocierają porożem o pnie lub gałęzie niewielkich drzew. Drzewo po takim „zabiegu” jest odartę z kory, ma połamane gałęzie, czasem jest złamane lub wywrócone. W miejscach z dużym nagromadzeniem takich drzew warto patrzeć pod nogi!

Przykład takiego czemchania i obdartego z kory drzewka fot. Szymon Filipowicz

Czy takie poroże zwierze ma jedno na całe życie?

– Oczywiście że nie. Nowe poroże jest wykształcane i zrzucane przez samce jeleniowatych rokrocznie, oprócz pierwszego roku życia. W skrajnych wypadkach zdarza się, że również u schyłku życia poroże nie jest nakładane. Takiego osobnika niezależnie od tego, do jakiego gatunku przynależy nazywa się mnichem. W przypadku jelenia, urodzony w maju-czerwcu cielak płci męskiej swoje pierwsze poroże nakłada w drugim roku życia. Ma ono formę szpicaka, szpicaka widlicznego lub niezwykle rzadkiego szpicaka koronnego. Na podstawie formy i wielkości pierwszego poroża można przewidywać, czy byk ma dobre geny, które zapewnią mu w przyszłości wysoką pozycję socjalną. Każda kolejna „głowa” jest większa i cięższa, aż do momentu kulminacji, który przypada w 11-14 roku życia byka. Później poroże ulega uwstecznieniu i zmniejsza swoje rozmiary, przyjmując niejednokrotnie niespotykaną formę.

Zdjęcie aż trzech sztuk poroża znalezionych w dniu wczorajszym fot. Piotrek Bodetko

Jak jest w ogóle z legalnością takiego zajęcia? Czy możemy legalnie zatrzymać znaleziony zrzut?

– Tak, w myśl ustawy o ochronie przyrody zrzuty traktowane są jak każdy inny element runa leśnego i stanowią własność znalazcy. Jednakże w przypadku znalezienia całego wieńca, czyli poroża wraz z czaszką należy powiadomić Administrację Lasów Państwowych lub lokalne koło łowieckie.

Czy są miejsca, gdzie takie poszukiwania są jednak zabronione?

– Tak, ustawa z dnia 28 września 1991 r. o lasach jasno określa miejsca obarczone stałym lub okresowym zakazem wstępu. Z pewnością należą do nich uprawy i młodniki do 4 m, powierzchnie badawcze i doświadczalne, a także rezerwaty i parki narodowe.

Rosocha łosia na stercie drzewek obgryzionych przez zwierzynę tzw. spałowanie, czyli odżywianie się korą i łykiem, co najczęściej zdarza się zima fot. Hubert Sobowicz

Na koniec powiedz od ilu lat sam szukasz zrzutów i czy masz jakieś sukcesy na swoim koncie?

– Przygodę zacząłem w marcu 2017 roku, wtedy udało mi się znaleźć swoją pierwszą rosochę z łosia. Moją najlepszą zdobyczą jak do tej pory jest znaleziona w styczniu tego roku rosocha badylarza w formie ósmaka o masie 2,5 kg. Studia nie pozwalają mi poświęcać zbyt wiele czasu na pasję, dlatego w terenie bywam stosunkowo rzadko. Ma to też swoje zalety, gdyż każdy znaleziony przeze mnie zrzut sprawia mi ogromną radość.

Dziękujemy ślicznie Hubertowi za ujawnienie nam tajników poszukiwań jak i samego zagadnienia poroży 😉
Darz bór i samych owocnych wyjść i powrotów w teren!


3 KOMENTARZE

  1. Nie zgodzę się z dwoma stwierdzeniami. W czasach PRL-u nie było dobrego zarobku na porożu. Wówczas na wsi te ładniejsze zrzuty i ciekawsze okazy były sprzedawane za wino lub flaszkę. A idąc dalej tym tropem, ciężko wtedy było sprzedać w ogóle poroże ( nie mówię tu o kolekcjonerach, którzy niezależnie od okresu są w stanie zapłacić kilkukrotnie więcej).Znajdą się nawet i dziś tacy, którzy za flaszkę oddadzą ładnego zrzuta, ale bierzmy pod uwagę,że wiele zbieraczy miało kilkunasto- kilkudziesięcioletnie kolekcje, których pozbyli się w ostatnim czasie i dopiero mogli zarobić na tym konkretne pieniądze.I kiedy oni tworzyli swoje zbiory konkurencja w lesie była niewielka 😉 Większość dziś żałuje, ale jednak gotówka wygrała.Zarobek na porożu zaczął się tak naprawdę 3-5 lat temu, kiedy to skupy poroża zaczęły się pojawiać jak grzybki po deszczu. Zwróćcie również uwagę,że już nawet na skupach runa leśnego skupuje się poroże – gdzie pamiętam jeszcze czasy jak 10 lat temu poroże było warte 30zł/kg , a i tak nie było zbyt wielu chętnych na nie, jeżeli nie był to cenny okaz.

    Druga sprawa to czemchanie. Pewnie co kraj to obyczaj, ale osobiście mam 1 okaz na koncie znaleziony na wyczemchanych jałowcach. Mój tata też znalazł może z 2-3 zrzuty pod takimi drzewami. Zbiera już 15 lat. A wielokrotnie widziałem całe młodniki połamane, wyczemchane jakby wszedł w nie huragan. I nie uwierzycie,że zrzuty były porozrzucane od tej chmary do 2-3 km. Czemchanie tak jak było to opisane, może być podpowiedzią, ale nie spodziewajcie się ,że tam musi leżeć zrzut.

    Co do par – jeżeli jeleń-byk ma spokój możemy się pary spodziewać blisko. Jeżeli w danym terenie jest dość silna presja człowieka w okresie zrzutów, nie spodziewajmy się. Dawniej można by tu było określić jakieś zasady, gdzie szukać do pary. Dzisiaj jest tak,że jak nie leży obok, i nie znajdziemy go w ciągu najbliższych 2 godzin to mamy zagadkę na 3-4 tygodni. Udaje się znaleźć nawet po tak długim czasie, ale zazwyczaj na dzień dzisiejszy jest to loteria.

    Pozdrawiam
    Filip

  2. @Człowiek z lasu

    1. Ja natomiast nie zgadzam się z Twoją opinią. Bazuję na przesłaniach starszych myśliwych i leśników. Na Lubelszczyźnie, w latach 80. XX wieku sprzedawano zrzuty na Zachód za dobre pieniądze. Weź pod uwagę sytuację finansową ludzi na wsi w tamtych czasach, to był doprawdy solidny zastrzyk pieniędzy. Mylisz pojęcia ceny i wartości 🙂 Co z tego, że ceną za ładny zrzut była flaszka wódki, skoro jego wartość była znacznie większa? Byli, są i będą ludzie niezaorientowani. Nie można na tej podstawie twierdzić, że poroże było warte flaszki alkoholu, to błąd logiczny.

    2. Jeżeli chodzi o czemchanie również bazuję na doświadczeniach swoich i znajomych z mojego terenu. Tak jak napisałem, takie miejsca po prostu świadczą o aktywności byków w danym terenie i od takich miejsc najlepiej zaczynać poszukiwania. U mnie często zdarza się, że zrzuty znajdowane są w miejscach czemchania, przypadek ze zdjęcia nie jest pozowany ani odosobniony. Być może wynika to z faktu małej penetracji lasu przez człowieka, co sprawia, że chmary trzymają się dłuższy czas w jednym miejscu, a więc prawdopodobieństwo zostawienia tam zrzuta wzrasta. U Ciebie są przeganiane z ostoi, nie pozostają długo w jednym miejscu, dlatego rozrzut jest duży.

    3. Kolejny raz, bazując na doświadczeniach ze swojego rejonu wiem, że nieprzeganiany byk potrafi przejść kilka kilometrów z mocną tyką na głowie. Uważam, że nie istnieją żadne zasady i reguły dotyczące zostawiania par przez jelenie, czy też łosie. Nie raz już widziałem pojedyńcze, 6 kilogramowe łopaty. A gdzie druga? Sądzę, że ze 3 kilometry dalej.

    Darz Bór
    Hubert Sobowicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Dodaj proszę swój komentarz!
Tutaj wpisz swoje imię