„Project Edelweiss 2021” – wyprawa rekonstruktorów na alpejski szczyt Lagginhorn 4010 m n.p.m.

0
Alpy namioty rekonstruktorow
Widok z obozu na alpejską dolinę fot. Jakub Szczepański

Celem rekonstrukcji historycznej od zawsze było jak najwierniejsze oddanie realiów minionych lat czy wydarzeń. Polegało to na jak najwierniejszym odwzorowaniu ubioru, narzędzi lub broni jak i zachowania związanego z odtwarzana epoką. W wypadku rekonstrukcji oddziałów wojskowych zwłaszcza tych z XX wieku rekonstruktor bardzo rzadko może w pełni wejść w „skórę” żołnierza frontowego i doświadczyć warunków z jakimi musiał się mierzyć na co dzień.

Pomysł na zainteresowanie się tematyką niemieckich strzelców górskich zrodził się 3 lata temu. Wraz z Jackiem Cieleckim i dwoma innymi kolegami z naszej grupy zorganizowaliśmy sobie luźną wyprawę w mundurach po Karkonoszach z noclegiem w górach. Jednak, dla mnie i Jacka było to niewystarczające doświadczenie. Po tym wydarzeniu wspólnie podjęliśmy decyzję, o poważnym zajęciu się tematem niemieckich Gebirgsjäger. Oboje marzyliśmy o czymś bardziej wymagającym i o jeszcze większym realizmie. Tak natknęliśmy się na Project Edelweiss. Dowiedzieliśmy się o nim za pośrednictwem Facebooka i relacji znajomych rekonstruktorów z Polski biorących w nim udział.

Bruno – Szwajcar który zorganizował wyprawę

Project Edelweiss to wydarzenie cykliczne odbywające się od 2009 roku co 2 lata w Szwajcarskiej części Alp. Organizatorem jest Bruno, Szwajcar mający wieloletnie doświadczenie w wspinaczce górskiej. Motywem przewodnim jest odtwarzanie szkoły dla Strzelców Górskich Wehrmachtu przed rokiem 1939. W wydarzeniu biorą udział rekonstruktorzy z całego świata m. in. ze Stanów Zjednoczonych, Australii czy nawet Japonii! W tym roku z powodu pandemii wzięli udział głównie rekonstruktorzy z Europy m. in. z Francji, Niemiec, Rosji, Czech, Szwajcarii, Węgier, Luksemburga, Polski, a nawet z Islandii. Polska delegacja mimo początkowo siedmiu chętnych ostatecznie zatrzymała się na naszej dwójce. W sumie w tegorocznej edycji wzięło udział 21 osób.

No i zaczęliśmy zbierać sprzęt, co nie było sprawą prostą. Musieliśmy zdobyć m. in. odpowiednie czekany, raki, plecaki, buty górskie, kupić kompletnie nowy mundur i insygnia. Ogólnie samo przygotowanie poprawnej sylwetki wraz z całym osprzętem wymagało polowania na niemieckim Ebayu, ściągania rzeczy z Rosji, a nawet z odległego Tajwanu! Dopiero parę dni przed wyjazdem mieliśmy skompletowane wszystkie niezbędne rzeczy. Nieocenioną pomoc w doborze odpowiednich przedmiotów zarówno Bruno, organizator jak i Patrick Kiser, kolekcjoner z USA, który od co najmniej 40 lat zajmuję się zbieraniem przedmiotów związanych z niemieckimi Gebirgsjäger.

Odprawa przebranych w pełne umundurowanie uczestników wyprawy

Do Saas-Grund przybyliśmy 7 lipca ok. 18:00 wieczorem, po rozpakowaniu się i przygotowaniu namiotu na nocleg, po cywilu wybraliśmy się całą grupą do pobliskiej restauracji gdzie Bruno- organizator, przedstawił nam plan całego wydarzenia i panujące zasady. Po tej oficjalnej części przy piwie i znakomitej pizzy, zaczęliśmy nawiązywać znajomości z innymi uczestnikami. Wszyscy byli wobec siebie życzliwi i ciekawi skąd kto przybył, panowała przyjacielska atmosfera. Koło godziny 22:00 udaliśmy się z powrotem na pole campingowe.

Nazajutrz, po pobudce o 6:00 i porannej toalecie, rozpoczęliśmy przebierać się w mundury i przygotowywać epokowe plecaki, oraz wyposażenie. Niebo było zachmurzone, a powietrze zimne. O godzinie 7:00 już w pełni umundurowani, z plecakami i czekanami krokiem marszowym wyruszyliśmy z pola campingowego przez miasteczko w kierunku stacji kolejki górskiej. Dla nas, jak i wielu innych uczestników samo przejście w mundurach Wehrmachtu przez miasto było czymś zupełnie nowym. Zarówno mieszkańcy jak i turyści, których mijaliśmy po drodze, uśmiechali się na nasz widok i pytali z zainteresowaniem, oraz robili nam zdjęcia. Po dotarciu do kolejki wjechaliśmy nią, na wysokość ok. 3000 m n.p.m. Na górze przywitały nas chmury i śnieg z deszczem. Momentalnie wszyscy założyli schowane w plecakach Windjacke ( wiatrówki), a plecaki owinęli Zeltami (płachtami namiotowymi). Kiedy już wszyscy dotarli na górę i zabezpieczyli przed śniegiem siebie i plecaki, ruszyliśmy w kierunku naszego miejsca na biwak.

Droga na szczyt szwajcarskiej góry Lagginhorn

Droga prowadziła przez zbocze które było pełne skał i głębokiego śniegu. Po 2,5 godzinie marszu około południa dotarliśmy na miejsce. Była to skalna półka na zboczu (ok. 3200 m n.p.m.).

Na miejscu Bruno, powiedział nam, że najpierw musimy się szybko rozstawić z namiotami, ponieważ za parę godzin ma zacząć padać śnieg. Po tym podzielił wszystkich do namiotów, nam trafił się „największy” namiot w 5 osób z kolegami z Rosji i Niemiec, obok nas swój namiot w 4 osoby, mieli nasi przyjaciele z Czech wraz z Węgrem. Namioty miały zbudowane z kamieni ściany na które naciągnęliśmy nasze 5 Zelt, a pośrodku umieściliśmy stelaż z palików, wszystko zgodnie z niemieckimi podręcznikami z epoki. W trakcie rozstawiania namiotów wyszło słońce i zaczął się prawdziwy gorąc. Wspólnie z dwoma Niemcami i Rosjaninem porozumiewając się to po niemiecku z Niemcami to po angielsku z Rosjaninem udało nam się rozstawić namiot. Następnie włożyliśmy do niego nasz sprzęt i mogliśmy zacząć przygotowywać posiłek. Dzięki przedwojennemu turystycznemu kompletowi do gotowania z Esbita od Jacka, zagotowaliśmy wodę na herbatę i kawę, oraz zaczęliśmy jeść jedną z konserw. Około godziny 14:00 zaczął padać śnieg, początkowo myśleliśmy , że po paru godzinach ustanie, jednak bardzo szybko przemienił się w burzę trwającą, aż do 3 w nocy. Podczas niej wszyscy schronili się w swoich namiotach. Od czasu, do czasu musieliśmy wychodzić na zewnątrz i odśnieżać namiot, ale już po 10 minutach przebywania na zewnątrz każdy wracał biały i przemoczony od śniegu. Sama noc była ciężka. Temperatura spadła w okolice zera, wiał silny wiatr i padał śnieg. Do przykrycia się mieliśmy jedynie po kocu i niczego izolującego nas od kamienistej ziemi. Czegoś takiego żadne z nas wcześniej nie doświadczyło.

Poranek w obozie na zboczu góry, po nocnej śnieżycy

Udało nam się przetrwać noc i następnego dnia wstaliśmy około godziny 6:00. Wszyscy byli niewyspani i wyziębieni po ostatniej nocy, ale nadal w dobrym humorze. Cała góra była pokryta 10 cm śniegowym puchem.

Jakub Szczepański – jeden z rekonstruktorów z Polski

Rano zostało zorganizowane wyjście w kierunku szczytu w celu zbadania drogi po śnieżycy. Większa część pozostała w obozowisku, susząc przez ten czas płachty namiotowe i koce. Reszta, jakieś niecałe 10 osób w tym ja wraz, z Brunem wyruszyła w góry. Udało się nam wejść jakieś 250 m w górę i musieliśmy zakończyć dalszą wspinaczkę, bo skały były całkowicie pokryte śniegiem i łatwo było o nieszczęście. Wróciliśmy do obozu, gdzie zjedliśmy obiad. Słońce mocno dawało o sobie znać, widziałem to zwłaszcza po mojej skórze, która mimo smarowania kremem w szybkim tempie zmieniała kolor na coraz to bardziej czerwony. Tak samo było to widać po innych.

Po południu przygotowaliśmy się do szkolenia z wspinaczki wysokogórskiej. Pod okiem Bruna i dwóch podoficerów/ Bergfuhrerów zostaliśmy przeszkoleni z wiązania liny i poruszania się w niej czwórkami, technik posługiwania się czekanem, czy sposobów wyciągania rannego ze szczeliny za pomocą liny. Oczywiście z racji, że byłem najmłodszy i do tego najlżejszy z całej grupy, miałem zaszczyt pokazowo odgrywać „trupa”, którego raz po raz „wyciągano”. Wszystkie ćwiczenia były na podstawie technik stosowanych w alpinistyce z lat 30 ubiegłego wieku, a także w samej niemieckiej armii.

Szkolenie alpinistyczne rekonstruktorów

Wieczorem po szkoleniu nadeszła pora na kolacje, wspólne rozmowy, żarty, oraz lepsze poznawanie siebie nawzajem. Około 20:00 położyliśmy się spać do naszych namiotów. Tej nocy nie padał żaden śnieg czy deszcz, ani nie było wiatru, natomiast przyszedł mróz. No i całkiem nieźle nas, schłodziło. Każdy z nas spał może, z 2 godziny, podczas całej nocy.

Nazajutrz o 6:00 rano obudził nas Bruno, mówiąc że za pół godziny wyruszamy w góry i mamy ubierać raki bo śnieg jest oblodzony. Sięgając po manierki ze zdziwieniem spostrzegliśmy, że zamiast wody jest w nich lód, a wszystko dookoła było zamarznięte.

Po szybkim założeniu raków, wzięciu manierek i słodkości w postaci czekolad dla energii, wyruszyliśmy tą sama trasą co zeszłego dnia próbowaliśmy się wspiąć na górę. Doszliśmy na małą gran gdzie, była chwila na oddech i zrobienie zdjęć. Okazało się również, że jeden z naszych kolegów Ben kończył tego dnia 45 urodziny. Więc wspólnie odśpiewaliśmy mu „Zum Geburtstag viel Gluck” i część wyruszyłam z powrotem do obozu, a część ochotników w tym ja i Jacek wyruszyła w dalszą drogę na szczyt.

Podejście nie było łatwe, w pewnych momentach musieliśmy wspinać się po skałach jednocześnie asekurując się rękami. Było, to bez wątpienia spore wyzwanie zwłaszcza kiedy każdy z nas miał na butach raki. Po drodze minęliśmy kilku turystów w pełnym rynsztunku, w kaskach, rakach i przypiętych linami. Wyglądali na dość zdziwionych widząc nas w mundurach mających jedynie czekan i raki na butach, oraz wełniane Bergmutze na głowach.

Widok z obozu na dolinę

Po 1,5 godzinie wspinania się po skałach udało nam się dotrzeć na wys. 3600 m n.p.m. Widok był nie do opisania, niebo było praktycznie czyste i można było spokojnie zobaczyć góry na całym horyzoncie! Była to niewątpliwie piękna nagroda po całym trudzie wspinaczki.

Później zeszliśmy na dół do obozu gdzie, zjedliśmy obiad i spakowaliśmy nasz dobytek do plecaków. Kolejno odbył się apel na którym zostali odznaczeni i wyróżnieni poszczególni uczestnicy całej wyprawy. Następnie wyruszyliśmy w drogę powrotną na dół, do stacji kolejki górskiej. Musieliśmy pokonać dosyć strome zejście, przy obsuwających się z pod nóg kamieni i przekroczyć strumyk. Z 20 kg plecakiem na plecach i 2 dniowym przemęczeniem było to niełatwe zadanie. Na szczęście wszyscy bezpiecznie zeszliśmy na dół do jeziora w pobliżu kolejki. Tam zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na odpoczynek i grupowe zdjęcia.

Grupowe zdjęcie rekonstruktorów

Zjechaliśmy kolejką na dół, a stamtąd w maszerując w kolumnie na pole campingowe. Na miejscu zdjęliśmy z siebie mundury, wzięliśmy prysznic i przebraliśmy się w cywilne ubrania. Następnie przy wspólnym piwie i jedzeniu zaczęliśmy się dzielić przeżyciami z całej imprezy, oraz wymieniać między sobą kontaktami. Pomimo zmęczenia całą wyprawą wszyscy zachowali radość i dobre poczucie humoru.

Polacy z GRH Festun Breslau biorący udział w wyprawie od lewej; Jacek Cielecki i Jakub Szczepański

Dla nas samych wzięcie udziału w tak wymagającej imprezie było niesamowitym przeżyciem. Było prawdziwym spełnieniem rekonstrukcyjnych marzeń jeśli chodzi o atmosferę i warunki w jakich przyszło nam przez te trzy dni funkcjonować. Chyba żadna inna impreza rekonstrukcyjna nie była tak wymagająca, ale przy tym tak satysfakcjonująca i dająca powód do dumy jak Project Edelweiss.

Autor: Jakub Szczepański

Zdjęcia: Laurent Bemtgen i Jakub Szczepański

Najlepsze i najtańsze wykrywacze metalu na początek jak i dla profesjonalisty!

wykrywacze rutus alter argo ne
Pewne wykrywacze z najwyższej półki dla początkujących i zaawansowanych… do tego sprzęt do kopaniakoszulkiKUBKImonety i wiele innych – zapraszamy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Dodaj proszę swój komentarz!
Tutaj wpisz swoje imię