6300 km pieszo górami Europy. Anna jest pierwszą kobietą, a Matúš trzecim mężczyzną, którzy w jednym sezonie przemaszerowali Europę w tak górzysty sposób. Ich wędrówka trwała 222 dni, a suma podejść to aż 274 tys. m. Brawo dla tej Pani – posłuchajcie jej opowieści z wyprawy!

Anna Liszewska i Matúš Lašan, jesteśmy polsko- słowackim małżeństwem uzależnionym od gór i wędrówek długodystansowych. Niedawno zakończyliśmy naszą pieszą wyprawę górami Europy. Wędrówka trwała 222dni, a suma podejść to aż 274tys. m., to więcej niż sławny Pacific Crest Trail i szlak Appalachów razem wzięte. Na trasie znalazła się Stara Płanina, Alpy Dynarskie, Alpy, Masyw Centralny, Pireneje, czy Góry Kantabryjskie, a to wszystko w jednym sezonie wędrownym. Całą trasę pokonaliśmy tylko i wyłącznie na własnych nogach, zapasy robiliśmy w lokalnych sklepach, a nocowaliśmy głównie w namiocie.

Naszą trasę zaczęliśmy w Bułgarii. Wyruszyliśmy wczesną wiosną, żeby zdążyć z pokonaniem tych wszystkich kilometrów, zanim pod koniec roku, zima rozpanoszy się na dobre. 

Leśne drogi z gęstym błotem, śnieg i praktycznie nieustający deszcz. Początek szlaku Kom-Emine (dla nas Emine-Kom) przywitał nas kapryśną pogodą, ale czego mogliśmy się spodziewać, zaczynając wędrówkę o tej porze roku. Mimo złej pogody mieliśmy tysiące powodów, czemu ta wędrówka stała się już wyjątkowa. Zapach mokrego mchu w lesie lub trzeszczący odgłos ognia w kominku chatki, która jest schowana pośrodku gór. Pasterze, którzy jak najdokładniej próbują opisać nam drogę (żebyśmy tylko się nie zgubili), czy Bułgarska rodzina, która ni z tego ni z owego, zaprasza nas do stołu.

Pokonanie pierwszych 700 km, nie przyszło łatwo, ale brodząc w śniegu i błocie, byłam zachwycona, że w końcu jesteśmy na szlaku. Nie ma nic piękniejszego niż wstać przed wschodem słońca i wędrować aż do zachodu. Tego uczucia, żadna pogoda nie jest w stanie zamazać.

W Bułgarii spędziliśmy prawie miesiąc, następnie skierowaliśmy się przez Serbię do Macedonii Północnej. Oba kraje były dla nas bardziej łącznikiem, musieliśmy trochę pokombinować, żeby jak najwięcej pozostać w górach. Ostatecznie wyszło bardzo fajnie, łącząc szutrowe drogi, leśne ścieżki, trochę na przełaj, dotarliśmy do Kosowa. Na początku odcinka, wędrowaliśmy grzbietem górskim Szar Płaniny, którym przebiega także granica Macedonii Północnej i Kosowa. Następnie obraliśmy kierunek na Albanię i szlak Via Dinarica. Bałkany zdecydowanie pokazały nam przepiękne oblicze – plecak bez przerwy ciężki, bo co chwilę ktoś „wciska” Ci chleb lub ser (przepyszny, domowej roboty) na „długą drogę”. Kawa, że umarłych obudzi, polewana przez cały dzień (nawet o ósmej wieczorem), a potem dla wyrównania rakija „na obie nogi”.

Powoli zaczynało się lato i problem z upałami. Mimo że przy każdej sposobności polewaliśmy się wodą lub moczyliśmy się w strumieniach, temperatury wyciągały z nas całą energię. Do tego zarośnięte ścieżki północnej Chorwacji nie miały nad nami litości.

W Słowenii zakończyliśmy wędrówkę szlakiem Via Dinarica, przechodząc na szlak Via Alpina (red trail), aby pokonać nim kolejne 500 km. Następnie połączyliśmy się z Central Alpine Trail 02A i Via Alpina (green trail). Pierwszego dnia w Szwajcarii, przywitała nas „magia szlaku”. W stromym zboczu ktoś „wydłubał” kawałek płaskiego terenu. Jest stół z ławami, miejsce na ognisko i na namiot. Jest też niewielka skrzyneczka, w której znajduje się kilka trunków do wyboru — na pokrzepienie lub dobry sen. Obok alkoholi, przy samej ściance jest wsunięty zeszyt. A w nim wpisy ludzi wędrujących szlakiem Via Alpina (green trail). Kilkanaście osób w ciągu ostatnich trzech dni! Było to dla nas niemałym zaskoczeniem, bo od początku szlaku nie trafialiśmy na zbyt wielu długodystansowców.

Alpy jak do tej pory okazały się najtrudniejszym odcinkiem. Jednak powodem nie były tylko szalone przewyższenia. Największe trudności stwarzały gwałtowne burze, które na graniach są bardzo niebezpieczne ze względu na pioruny, a w dolinach przez możliwe ogromne fale powodziowe. Lawirowanie, przeczekiwanie, kombinowanie, tak wyglądała nasza wędrówka przez Alpy.

Następne góry, na naszej trasie to Masyw Centralny. Czego się po nim spodziewaliśmy? Szczerze, to nie mieliśmy zbytnich oczekiwań. Traktowaliśmy ten odcinek trochę jak taki łącznik, który połączy dwa ważniejsze pasma górskie. Co dostaliśmy? Przepiękne góry, gęste lasy i klimatyczne miasteczka. Jak tu nie zakochać się w takiej mieszance?! Wszystko zaczęło się od lasów, gdzie praktycznie wszystkie wysokie drzewa, to kasztany jadalne, z których słynie cały region. Poprzerastane gęstymi krzewami i pnączami, przypominają bardziej Waldywijskie lasy deszczowe w Chile. Istna dżungla! Klimatu dodają niewielkie miasteczka, wybudowane praktycznie tylko z kamienia. Są idealnie wciśnięte w górskie, leśne zbocza i wydaje się, jakby świat poza nimi nie istniał. Jednak najbardziej zaskoczyli nas ludzie, było prawie jak na Bałkanach. Wieczorem pukamy do drzwi i prosimy o wodę, a oni pełni troski pytają, czy mamy gdzie spać i co jeść. Natomiast w ciągu dnia co chwilę ktoś upewnia się, czy czegoś nam nie brakuje.

W Pirenejach dopadła nas na chwilę zima. Mozolnie przedzieraliśmy się przez zaspy, na dodatek w towarzystwie silnego, mroźnego wiatru. Na szczęście, pomimo wysokości sięgającej prawie 3000 m n.p.m. ten odcinek Haute Route Pyreneese, nie był trudny technicznie i bezpiecznie udało nam się, pokonać kolejne kilometry. Jednak jeszcze nie był to czas na prawdziwą zimę, a jesień wróciła do nas o wiele szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Wystarczyło trochę słońca, a po śniegu pozostały tylko wspomnienia… oraz baśniowe zdjęcia. Na dodatek, jesień przestała się z nami bawić i zaczęła szaleć kolorami. Przepięknie zabarwione doliny i czerwone trawy w wyższych partiach gór, czysta magia! Pireneje były zdecydowanie magiczne, mimo tych wszystkich miesięcy w górach, naszym zachwytom nie było końca. Pokonaliśmy je, mieszając szlaki HRP, GR10 i GR11.

Zdjęcia: Anna Liszewska i Matúš Lašan

Na Północną część Hiszpanii, mieliśmy chyba najwięcej różnych pomysłów. Nie byliśmy pewni, jak szybko przyjdzie zima i czy uda nam się tam dotrzeć możliwie wcześnie. Więc nie byliśmy pewni, czy możemy brać wyższe góry pod uwagę. Ostatecznie zimy jeszcze nie było widać, a planowo dotarliśmy tam w dosyć dobrym czasie. Więc góry jak najbardziej na tak! Góry Kantabryjskie od samego początku były znacznie bardziej dzikie, niż tego się spodziewaliśmy. Nie wspominając, o totalnym braku innych wędrowców. Wciąż mieliśmy przepiękne górskie widoki, a gdyby nie spadające liście, wydawałoby się, że zimy tam nie będzie. Górskie łąki nadal były pełne zwierząt, a słońce potrafiło wycisnąć pot na czoło. Wędrowaliśmy mieszanką różnych szlaków GR. Tak mniej więcej pośrodku, między trasą Camino Francés i Camino del Norte, aby ostatecznie połączyć się z Camino Primitivo.

Szlak Camino Primitivo zaprowadził nas na Camino Francés. Tu trochę przygniotła nas ilość ludzi. Wedle statystyk, tę trasę pokonuje nawet 200 tys. osób rocznie. Mimo że sezon już praktycznie się skończył, wędrowaliśmy w sporym łańcuszku innych ludzi. Aż boję się pomyśleć, jak to wygląda, kiedy sezon jest w pełni. Miesiące spędzone w prawie pustych górach sprawiły, że jednak tyle ludzi na raz, wprowadziło mnie w małą panikę. Na szczęście wcześnie rano, szlak wciąż mieliśmy tylko dla siebie. Tak dotarliśmy na „Koniec świata” i zarazem koniec naszej trasy — Cabo Fisterra.    

Ktoś by powiedział: „Komu to potrzebne?” „Po co się tak męczyć?”. Jednak dla mnie, nie ma nic piękniejszego. To właśnie w górach, na szlaku jest moje miejsce.

Autor: Anna Liszewska – Świat Okiem Piechura (fb), Świat Okiem Piechura (insta)

Najlepsze i najtańsze wykrywacze metalu na początek jak i dla profesjonalisty!

Deus 2 sklep
Pewne wykrywacze z najwyższej półki dla początkujących i zaawansowanych… do tego sprzęt do kopaniakoszulkiKUBKImonety i wiele innych – zapraszamy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Dodaj proszę swój komentarz!
Tutaj wpisz swoje imię