Walczył w oddziale Hubala, był odznaczony Krzyżem Virtuti Militari kl. V, Krzyżem Walecznych i srebrnym Krzyżem Zasługi… por. Rajmund „Paprzyca” Niwiński, którego po wojnie nazywano „Zbirem z AK”. Poznajcie jego niesamowitą życiową historię.

por. Rajmund „Paprzyca” Niwiński urodził się w 1914 roku. Mieszkał w Kielcach i w Zawierciu. W związku z trudną sytuacją finansową jego Ojciec wyjechał do Kanady a Rajmund został sam z Matką. Był słabym i chorowitym dzieckiem, zagrożonym gruźlicą. Kiedyś przypadkowo miał natrafić na książkę o joginach i ich ćwiczeniach kontroli ciała poprzez silną wolę. To ona miała mieć kluczowy wpływ na jego zainteresowanie sportem oraz pracą nad swoim umysłem. Zaczął intensywnie hartować swoje ciało. Po pewnym czasie dołożył do tego jeszcze ćwiczenia fizyczne. Brak instruktora oraz zbyt intensywne ćwiczenia kilkukrotnie bardzo mu zaszkodziły ale mimo to nie przestawał nad sobą pracować. Gdy podrósł aby zdobyć pieniądze na utrzymanie siebie i Matki zaczął boksować w Krakowskim klubie sportowym. Wcześniej ćwiczył również podnoszenie ciężarów i zginanie żelaza.
Gdy dostał powołanie do wojska, trafił do szkoły żandarmerii polowej. Później w 1937 roku był w obstawie marszałka Śmigłego Rydza kiedy ten zimą wypoczywał w Zakopanem.

Gdy 1 września 1939 roku wybuchła wojna najpierw walczył w kampanii wrześniowej, później trafił do niewoli niemieckiej z której uciekł a w listopadzie 1939 roku trafił do oddziału słynnego majora Henryka Dobrzańskiego (ps. Hubal). Następnie walczył w oddziale dowodzonym przez Kazimierza Aleksandrowicza ps. „Huragan”, który operował w powiecie radomskim. Później walczył w oddziale AK „Maryśka” Pionki, a następnie do 5 maja 1945 roku w oddziale AK kapitana Władysława Molendy ps. „Grab”. Podczas całej służby był dwukrotnie ranny, a za zasługi został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari kl. V, Krzyżem Walecznych i srebrnym Krzyżem Zasługi. Wojnę zakończył w stopniu porucznika. Po wojnie nigdy nie przyjął od komunistów odznaczeń ani awansów i ponoć powiedział, że „woli być AKowskim porucznikiem niż choćby generałem z czerwonego nadania”.

Józefa Niwińska była na pewno w konspiracji ZWZ i AK. Ponoć była oficerem ale dowodów nie mamy. W Krakowie była w siatce zajmującej się wykradaniem i ochroną dóbr kultury z Wawelu. W 1944 roku została aresztowała przez Gestapo i poddana bardzo brutalnemu przesłuchaniu. Podczas tortur zerwano jej paznokcie z wszystkich palców. Z więzienia w Końskich, wraz z innymi więźniami, została odbita w ostatniej chwili w dzień przed planowaną egzekucją, w słynnej akcji majora Hedy „Szarego”.

Po wojnie państwo Niwińscy osiedlili się pod Kamienną Górą. W ciągu pięciu lat, kosztem wyprzedaży ostatnich rodzinnych pamiątek, odbudowali poniemieckie gospodarstwo oraz dorobili się pięciorga dzieci. W momencie gdy nowe życie zaczęło mu się układać, nagle przypomniała sobie o nim bezpieka. Miejscowi ubecy, często dawni fornale, nie mogli znieść na swoim terenie przystojnego, dobrze zbudowanego i wykształconego oficera AK. Był często wzywany na przesłuchania, a okoliczna ludność była przeciw niemu podburzana. Rozpowiadano obelżywe kłamstwa o jego wojennej przeszłości, nazywano „Zbirem z AK” i poddawano różnym innym szykanom próbując zmusić do współpracy i regularnego składania donosów. Jego dzieci zostały przedszkolu wyprowadzone przed inne i Pani nazwała je dziećmi bandyty oraz zapowiedziała, że nie będą już więcej w przedszkolu śmierdzieć.

Cała rodzina, również mieszkająca w pobliżu Mama Paprzycy, zostali wyrzuceni ze swoich domów i przeniesieni do PGRu. Niestety na tym się nie skończyło. W końcu Pani Józefa, która tak naprawdę jeszcze do siebie nie doszła po gestapowskim więzieniu, zdecydowała się popełnić samobójstwo. Być może taki sam los spotkałby Rajmunda i jego dzieci, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności i spotkanie z Państwowym Przedsiębiorstwem Artystycznym. Na początek Rajmund ośmieszył ich objazdowego siłacza-atletę a później sam z nimi podpisał kontrakt co dało mu możliwość podróży po kraju pod pseudonimem Rajmundo Aldini i występów dzięki którym mógł utrzymać swoją rodzinę. Na swoich występach z łatwością giął żelazo i stal. Jego popisowym numerem było trzymanie na barkach szyny kolejowej na której wieszało się 20 mężczyzn. Ciężar przekraczał 1.5 tony, szyna się wyginała, a Rajmund dzięki swojej wytrzymałości i sile woli, potrafił to utrzymać. A o szczęśliwych zbiegach okoliczności w życiu Paprzycy, można by napisać całą książkę. W pamiętnikach wspomina, że kilkukrotnie czuł przy sobie obecność żony w sytuacjach gdy ocierał się o śmierć i wychodził z tego prawie bez szwanku. Pisze również, że żona przed śmiercią obiecywała się o niego i dzieci troszczyć. Jednak czytając jego życiorys można odnieść wrażenie, że jakaś siła czuwała nad Rajmundem już dużo wcześniej.

Jego życie pełne jest sytuacji w których powinien umrzeć albo zostać kaleką a mimo to udawało mu się przez to przejść cało. Np. w czasie szkolenia w szkole żandarmerii w Grudziądzu była sadystycznie traktowany przez jednego z podoficerów. W końcu postanowił go zabić a później sobie odebrać życie. Plan spokojnie i długo realizował. Zdobył amunicję i miał zamiar zastrzelić prześladowcę na poligonie a później samemu odebrać sobie życie. Kilka godzin przed zaplanowanym czynem, zdarzył się wypadek z granatem. Wszyscy skoczyli do betonowego okopu, tylko Rajmund został przytrzymując ze sobą oficera i licząc, że obaj zginą. Granat wybuchł a im obu jakimś cudem nic się nie stało. W czasie wojny wielokrotnie udawało mu się wyjść z opresji z których w zasadzie nie było szans wyjść. Zaczął nawet samemu szukać ryzyka. Potrafił w niemieckim ubraniu i bez dokumentów pakować się do lokali tylko dla Niemców, za to zawsze uzbrojony pistolet i kilka granatów. Poza akcjami bojowymi, przewoził broń, dokumenty, pieniądze. Często na dużych odległościach a nawet przez granicę. Gdy po wojnie prawie umarł w zamieci śnieżnej, został uratowany przez pasażerów autobusu którego kierowca przypadkowo pojechał inną trasą niż zwykle. I tak dalej. Różne, często najgorsze z możliwych, nieszczęścia spadały na Rajmunda przez całe życie. Ale jednocześnie nie można pozbyć się wrażenia, że Ktoś nad nim też cały czas czuwał.

Więcej o Rajmundzie „Paprzycy” Niwińskim, można przeczytać między innymi we wspomnieniach jego znajomej, Pani Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz. Ciekawą pozycją jest też książka samego bohatera pod tytułem „Nigdy nie dałem kopnąć się w”.

Koniecznie zobaczcie też wywiad poświęcony por. Rajmundowi.

Najlepsze i najtańsze wykrywacze metalu na początek jak i dla profesjonalisty!

Deus 2 sklep
Pewne wykrywacze z najwyższej półki dla początkujących i zaawansowanych… do tego sprzęt do kopaniakoszulkiKUBKImonety i wiele innych – zapraszamy!

2 KOMENTARZE

  1. Słyszałem o Rajmundzie. Był fajnym chłopem, opowiadał niesamowite historie ze swojego barwnego życia. Mieszkał i zmarł chyba w Boguszowie Gorcach. Cieszę się, że Tacy ludzie i Ich czyny nie umierają w cieniu czasu i że ci mali, ci którzy żyli jak robaki, donosili i kłamali, odeszli w niebyt. Chwała dobrym ludziom!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Dodaj proszę swój komentarz!
Tutaj wpisz swoje imię